Kategorie: Wszystkie | Polska | Eurokołchoz | Świat | Czerwoni | Inne
RSS
wtorek, 19 września 2006
Przeprowadzka – galba.net.pl

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami postanowiłem przeprowadzić swojego bloga z serwisu Blox.pl w inne miejsce. Właśnie dziś nadszedł ten dzień. Zapraszam do nowej lokalizacji:

www.galba.net.pl

Historię nowej strony zaczynamy mocnym uderzeniem (jak na "Prawego Prostego" przystało). Stawiam pytanie:

Co Adam Michnik i Zbigniew Bujak zrobili z 13.000 dolarów, które w 1986 roku powinna była dostać rodzina ks. Jerzego Popiełuszki? Jedno wydaje się być pewne: Marianna i Władysław Popiełuszkowie nie zobaczyli złamanego centa z tej kwoty. Zapraszam do lektury.

PS. Wszystkie osoby posiadające na swoich stronach linki do dotychczasowej lokalizacji mojego bloga uprzejmie proszę o ich zmianę tak, by wskazywały na aktualny adres tj. www.galba.net.pl.
 

08:09, galba , Inne
Link
wtorek, 12 września 2006
Wykształciuchy, czyli co kogo oburza

Wielu mędrków większego i mniejszego kalibru oburzył wywiad jakiego jakiś czas temu udzielił Dziennikowi minister Dorn. A właściwie nie tyle sam wywiad owe multum gromów na głowę ministra  ściągnął co jedno słowo, na którego użycie ten sobie pozwolił. Mianowicie:

 

"wykształciuchy"

Tym zgrabnym i chwytliwym neologizmem pan minister określił ludzi, którzy posiadając formalne wykształcenie (tzw. papierek) nie są w stanie pochwalić się niczym więcej – chyba, że za chwalebne uznamy przekonanie o własnej wyjątkowości i prawie do pogardliwego traktowania każdego "bez papierka" (ci z papierkiem ale mający niesłuszne, tj. konserwatywne, poglądy zasługują w oczach wykształciuchów na jeszcze większą pogardę jako odszczepieńcy). Dla wykształciucha centrum jego jestestwa jest właśnie ów papierek, który pozwala patrzeć mu na innych z góry i dlatego każdy głos kwestionujący owo prawo do wywyższania się traktuje jak cios w największą ze świętości. Takich osobników zna każdy z nas – czyta taki ale nie rozumie (a właściwie rozumie to, czego nie napisano – jak w wypadku definicji wykształciucha), mówi ale nie zawiera w mowie żadnej treści (poza rytualnymi sloganami), marszczy czoło ale nie myśli (bo to robi za niego pan redaktor z Gazety).

Krytycy oczywistości, którą minister Dorn ubrał w słowo "wykształciuch" na dźwięk tego wyrazu wpadają w szał. Piszą o pogardzie, o nienawiści, o agresji… Ci sami ludzie parę miesięcy temu z kąśliwym uśmieszkiem na ustach prawili o "moherach" i zaśmiewali się do rozpuku z finezyjnych dowcipów na temat tych "chodzących w fikuśnych beretach zacofanych bab". Okazuje się, że wolno kpić i poniżać staruszkę słuchającą radia, którego nie lubimy bo to jest trendy, cool i w najlepszym guście ale wara wam "młode gnoje" (copyright by Adam Michnik) od naszych świętości... i dyplomów akademickich.

Obrońcy wykształciuchów obrażają większość polskich inteligentów

Wbrew definicji przedstawionej przez twórcę kontrowersyjnego zwrotu jego krytycy "wykształciucha" rozciągają na całą polską inteligencję. Prof. Środa a następnie red. Lis piszą, że Dorn obraził każdego, kto zdobył jakikolwiek tytuł nadawany przez uczelnię wyższą. Ja, w przeciwieństwie do obojga polemistów, nie czuję się obrażony mimo, że posiadam tytuł magistra. Wręcz przeciwnie, wdzięczny jestem ministrowi za to, że tak celnie określił zjawisko, które mimo swej oczywistości dotychczas przez nikogo nie zostało właściwie nazwane. Mamy tysiące nosicieli dyplomów wyższych uczelni, którzy wyznają zasady moralne wyniesione wprost z sowieckiego kołchozu – ukraść, nakłamać, opluć, wetknąć biało-czerwony sztandar  w psią kupę. Wielu z tych osobników na co dzień posługuje się językiem, którego nazwanie "rynsztokowym" byłoby niezasłużoną obelgą dla rynsztoka. Ludzie ci do łez zaśmiewają się z prymitywnych dowcipasów podobnych sobie "showmanów" grubiaństwo rodem ze stalinowskiego kabaretu politycznego nazywając subtelną i celną satyrą polityczną. Jeśli ktoś ośmieli się zgłosić votum separatum wobec takiego systemu wartościowania oraz sprowadzania dyskursu publicznego do poziomu rynsztoka płynącego w programach panów Majewskiego i Wojewódzkiego z miejsca zostaje zagoniony do kąta  jako "piesek reżimu, fetor (tym razem subtelny copyright by Tomasz Lis) oraz bolszewik".  

Pani Środa i pan Lis stwierdzając, że całość (a choćby i tylko większość) polskich inteligentów to tacy właśnie ludzie rynsztoka i braku zasad obrażają mnie i miliony pozostałych inteligentów (którzy kochają Polskę, nie rechoczą ilekroć ktoś zakwacze z ekranu a co drugim słowem padającym z ich ust nie jest "k..rwa" czy "zajebisty"). Ja jestem w stanie zrozumieć, że redaktor Lis lubi sobie porzucać mięsem i pooglądać w telewizorze prymitywne "żarciory"… ale bardzo proszę nie wmawiać mi, że wszyscy (w tym ja) są tacy jak redaktor Lis.

Oczywiście krytycy terminu "wykształciuch" doskonale wiedzą, że przeinaczają (po ludzku: kłamią) sens słów Dorna. Co by nie powiedzieć o panu redaktorze Lisie i jego kolegach to oni jednak rozumieją słowo pisane. Jeśli udają, że jest inaczej to tylko dlatego, że tak jest im wygodniej – jak atakować znienawidzonego Dorna gdy ten mówi z sensem? Ano włożyć mu w usta coś, czego nie powiedział i dalej już jakoś pójdzie. Dorn obraził jakąś marginalną grupkę? No to napiszmy, że "zaatakował nas wszystkich" – zmobilizujmy tych, którzy bez naszej pomocy nigdy by się nie domyślili, że byli adresatami jego słów. A co?! Im więcej nas tym większa szansa na wygraną, cel uświęca środki i usprawiedliwia każde kłamstwo. Nawiasem mówiąc redaktor Lis uwielbia w dowodzeniu swoich tez posługiwać się argumentami pochodzącymi z rzeczywistości alternatywnej: w pełnym pasji ataku na Dorna i paru niezależnych publicystów (Ziemkiewicz, Lisicki) stwierdza, że TVNowski program "Szkoło kontaktowe" (ponoć kultowy wśród wykształciuchów) oglądają "miliony" I zupełnie nie przeszkadza mu fakt, że badania oglądalności wskazują, że pisząc o "milionach" pan redaktor cokolwiek przesadza. Podobnie zresztą było swego czasu w przypadku rzuconej przez pana redaktora z godną podziwu lekkością  uwagi mającej dezawuować niepokorną firmę sondażową – PGB. Raz uczynił to w trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej (w swoim polsatowskim programie) a całkiem niedawno powtórzył swoje nieprawdziwe stwierdzenie w krótkiej wypowiedzi dla Dziennika. Stwierdził mianowicie, że PGB to taka firma, gdzie w sondażach zawsze wygrywa Lech Kaczyński. W momencie gdy redaktor wypowiadał te słowa po raz pierwszy (w roku 2005) na około 30 sondaży prezydenckich ogłoszonych przez PGB późniejszy zwycięzca elekcji był liderem w mniej więcej co trzecim z nich. Zaatakowana firma sprostowała informację ale pan redaktor nie raczył sprostowania wygłosić w ten sam sposób w jaki przekazał społeczeństwu nieprawdziwą informację (co więcej – powtarzając niedawno swoje nieprawdziwe stwierdzenie pokazał jak bardzo ceni sobie prawdę i uczciwość komentarza). No chyba, że problem nie w swobodnym podejściu do prawdy ale w tym, że dla niektórych 1/3 oznacza tyle co "zawsze"… ale to by dowodziło, że termin "wykształciuch"  do częsci reagujących na niego wściekłością pasuje jak ulał. Tak czy inaczej ciężko jest znaleźć taką wypowiedź pana redaktora, w której choć raz nie posłużyłby się on nieprawdą.

Czy polska inteligencja nie zasługuje na to, by obrońcami jej honoru byli ludzie, którzy nie zwykli w polemice uciekać się do rzucania kłamstw oraz są w stanie zrozumieć to, co wydrukowano im czarno na białym? I czy w ogóle potrzebuje ona obrońców skoro nikt (poza jej samozwańczymi adwokatami) jej nie obrażał?

Każdy kto poznał paru mieszkańców stolicy wie, że można podzielić ich na dwie grupy: tych, którzy są potwornie dumni z tego, że nie mieszkają "na prowincji" (którą mają w głębokiej pogardzie) i tych, którzy do miejsca zmieszania swojego i ludzi spoza Warszawy podchodzą w sposób zupełnie normalny. Tak się śmiesznie składa, że najgłośniejszymi i najbardziej butnymi "warszawiakami", tymi, którzy w co drugim zdaniu dowodzą, że poza stolicą jest tylko "bezkresny syf i zamieszkujące go wieśniaki" są na ogół… niedawni mieszkańcy Pcimia, Grajdołu Wielkiego czy Trzęsawy. Gdy przypomnieć im gdzie mieszkali jeszcze parę miesięcy temu dostają drgawek, czerwienią się, czasem wpadają w furię… Zupełnie jak krytycy Dorna, którzy najprawdopodobniej podskórnie czują, że gdyby pozbawić ich "papierka" nie zostałoby nic godnego uwagi.  No może poza monstrualnymi kompleksami...

PS. Dla wieblicieli przemyśleń wykształciucha Kuczyńskiego (tego co to Polsce życzy klęski gospodarczej) tekst tutaj

poniedziałek, 11 września 2006
Krótko: z gazetowego na polski

Informacja z  Gazeta.pl:

Administracja USA potwierdziła nieoficjalnie, że najprawdopodobniej dojdzie do spotkania prezydenta George'a W. Busha z premierem Jarosławem Kaczyńskim w czasie zbliżającej się wizyty szefa polskiego rządu w Waszyngtonie. (…) Na początku tygodnia w prasie polskiej pojawiły się doniesienia, że Bush nie znajdzie czasu dla Kaczyńskiego, oparte na przeciekach ze źródeł dyplomatycznych. W sobotnim wydaniu o tym, że do spotkania jednak dojdzie poinformowała "Gazeta Wyborcza".

I po polsku (tłumaczenie własne):

Administracja USA potwierdziła nieoficjalnie, że dojdzie do spotkania prezydenta George'a W. Busha z premierem Jarosławem Kaczyńskim w czasie zbliżającej się wizyty szefa polskiego rządu w Waszyngtonie. Półtora tygodnia temu w Gazecie Wyborczej pojawiły się doniesienia, że Bush nie znajdzie czasu dla Kaczyńskiego. Jednak w sobotnim wydaniu gazeta ta odwołała swoje rewelacje.

Wersja nr 1 – "polska prasa" pisze głupstwa ale na szczęście istnieje Gazeta W., która w sobotę napisała jak jest naprawdę.

Wersja nr 2 – Gazeta Wyborcza  pisze głupstwa, inne media nie dają się ogłupić, Gazeta poddaje się i przyznaje się do błędu. Przy okazji pisze o sobie per "polska prasa" czym wprawia rzesze czytelników w osłupienie ponieważ różnymi przymiotnikami już określano Gazetę… ale żeby twierdzić, że jest "polska" (wielki tytuł na pierwszej stronie Gazety krzyczał jakiś czas temu: "Jerozolima nasza!" a odnosił się do oficjalnego przyłączenia tego miasta do zasadniczej części państwa Izrael…)?

Podobnie było z newsem "Kardynał Grocholewski z niechęci do Rydzyka omija jego rozgłośnię szerokim łukiem" i wieloma innymi (kardynał przeczytawszy artykuł czym prędzej pojechał do znienawidzonego przez redaktorów zakonnika gdzie obaj do rozpuku zaśmiewali się z klapy prymitywnej zagrywki Judaszowców) . Nie będę się wdawał w analizę przyczyn, dla których teksty w Gazecie tak rzadko mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Z braku czasu oraz z niechęci  powtarzania tego, co powiedziano już tysiąc razy ograniczę się tylko do przywołania swojego komentarza sprzed 10 dni:

O ile zakład, że się spotkają?
Większość tekstów GW to projekcja jej marzeń a nie uczciwy opis rzeczywistości. Tak będzie i tym razem.

No i jak zwykle miałem rację…

A Gazeta (jeszcze bardziej "jak zwykle")... Ech, bądźmy wyrozumiali - nie wymagajmy od najemników Michnika by pisali prawdę tak, jak nie oczekujemy by świnie zaczęły latać. Z naturą jeszcze nikt nie wygrał.

poniedziałek, 04 września 2006
Specjalność zakładu: odgrzewany Donald

Wszyscy wypowiadają się na temat najnowszego spotu przedwyborczego PO więc swoje 3 grosze dorzucę i ja.

PO bezmyślnie naśladuje PiS

Stratedzy wszystkich naszych partii uwierzyli, że by wygrać wybory wystarczy skopiować dowolną reklamówkę amerykańskich Republikanów z 1980, 1984, 1988, 2000 lub 2004 roku (w tych latach wybory prezydenckie wygrywał kandydat prawicy) i "zwycięstwo jest nasze"… Może i tak, ale mnie się wydaje, że wybory to jednak trochę bardziej skomplikowana gra.

PiS sięgnął po pomysł, na którym opierała się najbardziej znana reklamówka R.Reagana – "Poranek w Ameryce". Filmik  ów zachwalał efekty rządów prezydenta w pierwszej kadencji i zachęcał do powierzenia mu spraw Ameryki na kolejne 4 lata. Twórcy obrazu pokazali przeciętnych, szczęśliwych Amerykanów, którzy dzięki prezydentowi znowu mogą cieszyć się wzrostem gospodarczym, bezpieczeństwem i godnością przywróconą ich państwu. Typowy klip rządzących eksponujący ich osiągnięcia. W wersji PiSu mieliśmy praktycznie to samo – "kraj odradza się dzięki nam z upadku jakiego doświadczył w efekcie lat rządów aferzystów i złodziei, ludzie się bogacą, mają poczucie bezpieczeństwa, chce się im żyć – wszystko to nasza zasługa".

PO skopiowała (znacznie bardziej dosłownie niż PiS) reelekcyjną reklamówkę G.Busha z roku 2004. Oryginał ponownie jest typowym zagraniem sprawujących władzę – pokazują nam nieodpowiedzialnego przywódcę opozycji, który chce zniszczyć wszystko to, co oni tak pięknie zbudowali. Przekaz bardzo nośny i skuteczny (H.Dean mimo początkowych sukcesów poległ z kretesem). Polska kopia, w wersji a’la PO, jest jednym wielkim nieporozumieniem. Wszystko byłoby super gdyby nie fakt, że PO jest opozycją a nakręciła klip pasujący do partii władzy. To odwrócenie ról sprawia, że wymowa spotu jest całkowicie różna od tej amerykańskiej.

Przesłanie filmu PO odczytuję następująco (podobnie jak prof. Zybertowicz): "mamy premiera, który walczy, szarpie się, zadaje ciosy i nie oszczędza siebie i swoich przeciwników w walce o to, czego oczekiwali od niego wyborcy wrzucając kartę do urny. Deklaruje, że 'zniszczy' paraliżujący kraj układ korupcyjno-polityczny". Ale mamy też alternatywę – pojawia się przywódca opozycji i stwierdza, że… on i jego koledzy są łagodni, sympatyczni i w ogóle nie będą z niczym walczyć. Słowem – będą siedzieć i brać kasę za robienie dobrego wrażenia.

Klip PiSu zawiera konkrety (można się spierać na temat ich realności oraz czyją są zasługą), za to filmik PO odwołuje się wyłącznie do tego, co przyniosło tej partii podwójną porażkę rok temu – do ogólnego wrażenia "fajności", elegancji i obycia. Jeśli ktoś może sobie pozwolić na ogólniki to raczej jest to partia rządząca – za nią po części mówi rzeczywistość (wzrost PKB, spadające bezrobocie, więcej kryminalistów w więzieniach, mniej na ulicach), opozycja musi (jeśli chce być traktowana poważnie przez wyborców) powiedzieć: "zrobimy to, to i to". Tak wybory wygrał PiS: pokazał co zrobi z podatkami (inna sprawa, że na razie tego nie zrealizował), mówił o ostrej walce z patologiami, prowadzeniu niezależnej polityki zagranicznej. A PO? Uśmiechała się sztucznie i uśmiecha się nadal…

Spece PO – przegrali 2 razy, szykują trzecią klęskę

Wygrywającej drużyny się nie zmienia. Najwyraźniej w PO panuje zasada, że przegrywających również nie należy tykać (gdyby D.Tusk chciał rozliczyć winnych porażki 2005 musiałby zacząć od…). Dlatego nową odsłonę medialnej aktywności Platformy przygotowują dokładnie ci sami ludzie, którzy pogrzebali ją już rok temu. Brak pomysłu, miałkość oraz… wykorzystanie odpadków  niewykorzystanych podczas poprzedniej kampanii – chociażby towarzyszące emisji reklamówki plakaty, którymi Platforma wykleiła przystanki autobusowe oraz billboardy. Dokładnie ten sam obrazek, który utkwił Polakom w pamięci jako symbol wielkiej klapy kampanii Tuska dziś ma być symbolem odrodzenia Platformy… Cóż, może nie słuchałem wykładów z marketingu tak uważnie jak spece PO ale wydawało mi się, że jeśli przy pierwszym podejściu kampania reklamowa jakiegoś produktu poniosła kompromitującą klęskę to przy następnym powinniśmy zrobić wszystko by uniknąć wywoływania skojarzenia z tym, o czym wolelibyśmy zapomnieć. Jak rozumiem wymiana modela reklamującego Platformę z jakichś niezrozumiałych powodów nie wchodziła w grę… No to przynajmniej trzeba było założyć mu inny krawat (nie będę zamieszczał obrazków, musicie mi uwierzyć na słowo – Prezydent Tusk od roku wciąż nosi ten sam krawat w kolorze burgunda), zmienić tło, wyrzucić charakterystyczną wstęgę u dołu obrazka, zmienić krój czcionki. Albo prościej – po prostu zmusić słynącego z lenistwa lidera PO by zgodził się na nową sesję fotograficzną (prawda jest taka, że obecny plakat jest tym zeszłorocznym z wymazanym "Prezydentem Tuskiem", który raczej się zdezaktualizował, i wklejonym "Razem"). Nie wiem jak inni ale ja nie bardzo wierzę, że człowiek, któremu nie chce się wziąć udziału w przygotowaniu nowego materiału wyborczego będzie miał ochotę cokolwiek zmieniać w moim kraju.

Razem… z kim?

Hasło "Razem" jest cokolwiek ryzykowne. Naturalne jest pytanie: "Razem z kim"? Na pewno nie z tymi, którzy krzyczą, że chcą zniszczyć, obalić i zbombardować układ korupcyjny przeżerający Polskę. Czyli z tymi, którzy ten układ budowali a dziś za wszelką cenę chcą go chronić. Nie byłbym zdziwiony gdyby na plakatach PO pojawiać zaczęły się dopiski "z Bagsikiem", "z Dochnalem", "z Rywinem" czy po prostu "z SLD".

Na marginesie: kto jest szefem klubu parlamentarnego PO?

Donald Tusk wiele miesięcy temu zadeklarował, że odejdzie z funkcji szefa klubu parlamentarnego PO. Miejsce to miał zająć Jan (dawniej Maria) Rokita. Jednak wybór Rokity opóźniał się z powodu jego konfliktu z sekretarzem generalnym PO G.Schetyną (który pokazał "koszałkowi z Krakowa" kto tu naprawdę rządzi). Parę tygodni temu Życie Warszawy opublikowało tekst, z którego wynikało, że Rokita i jego zwolennicy w klubie zniechęceni przeciągającym się i upokarzającym dla Premiera z Krakowa procesem wyboru szefa klubu myślą o secesji z partii. Wtedy władze PO gwałtownie zaprzeczyły jakoby były jakiekolwiek problemy z wyborem i obiecały, że Rokita szefem klubu zostanie "za tydzień". Tygodni minęło już kilka… a przewodniczącym klubu PO wciąż jest Donald Tusk…

Czy to wciąż tylko i wyłacznie problemy natury technicznej?

czwartek, 31 sierpnia 2006
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Tak działa zniewolony umysł

Drobną, ale dającą do myślenia wpadkę zanotowała dziś Gazeta Wyborcza. Pierwsza strona portalu Gazeta.pl (w ślad za papierową wersją brukowca Agory) bije po oczach niezwykle sympatycznym tytułem: Matka Boska, Hitler i Kaczyńscy. Co kryje się za tak kuszącym wabikiem?

Poznański dziennikarz Gazety wytropił na jednej z ulic miasta naklejony na tablicę reklamową plakat przedstawiający lekko przemodelowany wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry. Zmiany w stosunku do oryginału polegają na zmianie twarzy Matki Boskiej oraz podwojeniu liczby trzymanych przez nią dzieci. Na obrazku, który tak urzekł dziennikarza GW że postanowił się on podzielić nim z całą Polską, dzieciątko zasiadające po prawicy swej matki ma twarz Lecha a po lewicy Jarosława Kaczyńskiego. Do tego miejsca panuje pełna zgoda. Problem pojawia się w spojrzymy na "matkę". Gazeta określa ją jako osobę "o twarzy podobnej do Hitlera" (stąd też tytuł artykułu). Tymczasem…

Hitler bardziej przypomina Michnika niż samego siebie…

Oto sporny fragment dzieła, którym ekscytuje się Wyborcza (po lewej) i zdjęcie kogoś... "o twarzy podobnej do Hitlera" (po prawej), w środku stadium pośrednie:



Uderzające podobieństwo. Prawda? Sadzę nawet, że autor grafiki nie zadał sobie trudu własnoręcznego malowania spornej twarzy tylko po prostu poddał komputerowej obróbce zdjęcie, które zamieściłem powyżej.

Jakby tego było mało dzieciątko Jarosław trzyma w ręce plik kartek z nadrukiem "Gazeta". Hmmm… Co ma jakaś "Gazeta" wspólnego z Hitlerem i Kaczyńskimi? Tego pytania bystry dziennikarz sobie nie zadał. Jeśli jednak kiedyś postanowi owo pytanie postawić to ja, by oszczędzić mu wysiłku w poszukiwaniu odpowiedzi, poniżej jej udzielam:

"Artysta" będący autorem tego dzieła wywodzi się z kręgów anarchistycznych. Jak wiadomo (chociaż nie powszechnie bo jak widać w redakcji GW tego nie wiedzą) anarchiści z definicji nienawidzą całego establishmentu, który wg nich tylko udaje wewnętrzne zróżnicowanie by ogłupić społeczeństwo. Dla przeciętnego anarchisty Giertych, obaj Kaczyńscy i Rydzyk to zło tego samego kalibru co Tusk, Michnik i Kulczyk. Stąd też przewrotna myśl by najzacieklejszych wrogów przedstawić jako kochającą się rodzinę sprawującą wspólne rządy nad milionami ogłupionych szaraków. Dlatego Matka-Michnik niańczy dzieciątka Kaczyńskie, które z kolei dzierżą drogocenne manuskrypty zawierające prawdę objawioną czyli Gazetę W.

Paradoks: Gazeta pierze swój własny mózg

Skąd ta pomyłka (być może rujnująca karierę) ambitnego dziennikarza GW? To proste: od miesięcy mamy do czynienia z systematyczną, konsekwentną kampanią nienawiści wobec "braci" i PiSu. Jednym z ulubionych narzędzi organizatorów tej nagonki jest stosowanie szablonu: PiS = faszyści, Kaczyńscy = Hitler. Epicentrum kampanii nienawiści, o której mowa znajduje się w redakcji Gazety Wyborczej. Dotychczas myślałem, że oni, jako wprawni propagandyści, potrafią odróżniać swoje kłamstwa od prawdy. Że sprzedając "masom" brednie "made in Gazeta" sami, w głębi duszy, śmieją się z tego co wypisują. Jednak nie… Okazuje się, że oni w pierwszej kolejności wyprali swoje własne mózgi… Dowód? Pokazać dziennikarzowi podobiznę Michnika (którą normalnie poznałby bez najmniejszego problemu) w towarzystwie Kaczyńskich i… Michnik zamienia się w Hitlera. Dlaczego? Bo obok są Kaczyńscy… Zupełnie jak u psów Pawłowa.

Sprawa byłaby nawet zabawna gdyby nie stanowiła ilustracji i namacalnego dowodu potwornych zniszczeń jakie w mózgach niektórych dziennikarzy poczyniła nienawiść…


29.08.2006 Ciekawostka: Jak Gazeta informuje swoich użytkowników o największej sensacji dnia czyli odnalezieniu dokumentów potwierdzających konszachty J.Kuronia z SB? ZOBACZ!

czwartek, 24 sierpnia 2006
Precedens medialny, czyli menel gwiazdą salonów

Zbrodnia:
"Kaczyński swoim tłustym dupskiem bezcześci urząd prezydenta. To pulpeciarz nie zawsze stojący równo na nogach, to luj i ochlapus."

Kara:
3.000 zł grzywny (podsądny wywinął się grożącym mu 3 latom odsiadki)

Zbrodnia:
"Kaczyński to największy nierób w Polsce."

Kara:
1 rok 4 miesiące pozbawienia wolności

Jednak nie wszystkich przestępców dosięga stalowe ramię sprawiedliwości: prokuratura w Ostródzie ściga lecz nie doprowadza do skazania młodych ludzi kolportujących plakaty z podobizną nienaturalnie grubego prezydenta.

I jak? Mało wam jeszcze dowodów? Nie ma sensu dłużej się oszukiwać – żyjemy w państwie totalitarnym, gdzie za najdrobniejsze słowo krytyki wobec rządzących można wylądować w więzieniu, zapłacić grzywnę lub mieć przykry obowiązek kontaktów z prokuratorem… Kaczyzm pokazał swoją paskudną twarz! Jesienią 2005 roku straciliśmy naszą dopiero co odzyskaną, wypatrywaną przez dziesięciolecia wolność!

Oooops… Przepraszam, pomyliłem się. Nazwiska "Kaczyński" i "Kwaśniewski" są takie podobne. Cytaty z poczatku tekstu dotyczyły tego drugiego... Tak więc zacznijmy jeszcze raz:

W latach 1995 – 2005 Polska dostąpiła łaski posiadania ultra-europejskiego, i hiper-demokratycznego prezydenta, którego zazdrościł jej cały świat. Niestety w każdej zbiorowości ludzkiej znajdą się opętane nienawiścią, żywiące się odpadkami ze stołu faszyzmu elementy (lub zwyczajni szaleńcy), które za nic mają obowiązujące prawo oraz majestat Rzeczypospolitej. Takim osobnikom, niezależnie od tego czy dopuszczali się napaści fizycznej czy tylko posługiwali się podłym słowem w ataku na naszego ukochanego prezydenta Kwaśniewskiego należała się kara, która poza słuszną odpłatą dawała czytelny sygnał tym, którzy także chcieliby podnieść rękę na Majestat: mamy demokrację i wolno ci nie lubić prezydenta Kwaśniewskiego ale… lepiej będzie jak zachowasz swoje przemyślenia dla siebie.

Jednak mamy rok 2006, złota era wolności skończyła się wraz z odejściem Aleksandra Wielkiego i podstępnym przejęciem władzy przez Lecha Małego.

Od paru dni media żyją sprawą dzielnego lecz nieszczęśliwego człowieka, który na warszawskim Dworcu Centralnym powitał patrol policyjny kilkoma słowami prawdy o prezydencie Kaczyńskim. Hubert H. stał się bohaterem sprawy antykaczystowskiej, pierwszą ofiarą reżimu. Pewien rencista z Elbląga, pozytywny bohater podobnej afery sprzed paru miesięcy zapewne sfrustrowany zgrzyta zębami ale niestety takie są prawa rewolucji – najlepiej sprzedaje się "ten pierwszy" więc teraz to pan Hubert jest jaskółką czyniącą zimę kaczyzmu. Swoją drogą obecny reżim jest tak przerażający i bezwzględny (wg liderów opozycji, jakimś cudem jeszcze legalnej, reżim jest tak totalitarny, że średnio co tydzień dokonuje zamachu stanu – logicznie rzecz rozbierając "zamachując się" na siebie samego), że być może ów rencista jednak niczym nie zgrzyta ponieważ od dawna leży w zbiorowej mogile ofiar kaczyzmu.

Tak czy inaczej (niezależnie kto i czym zgrzyta bądź nie zgrzyta) mamy groźny precedens. A skąd o tym wiemy? Bo tak z ekranu mówią panie i panowie z telewizji. Jak się ów "precedens" ma do kilku przytoczonych na wstępie wypowiedzi i ich nieprzyjemnych konsekwencji prawnych (wybranych spośród znacznie większej liczby podobnych przypadków) notowanych w zapomnianych manuskryptach z czasów III RP? Czy precedens faktycznie jest precedensem? Czy pierwsze miejsca zarezerwowane w serwisach informacyjnych na opis tego zdarzenia wynikają z jego faktycznej wyjątkowości?

Tak. Precedens jest. Jednak dotyczy on mediów.

Jeśli ta sprawa jest świadectwem jakichś zmian jakie zaszły w Polsce po wymianie lokatorów Pałacu Prezydenckiego to jasno wskazuje ona, że zmiany te dotyczą mediów. Poprzedni prezydent mógł seryjnie kompromitować Polskę pijackimi ekscesami podczas oficjalnych wizyt zagranicznych, mógł kłamać, mógł mataczyć, mógł utrzymywać stosunki z typami spod ciemnej gwiazdy a media… widziały (i pokazywały) wyłącznie pięknego, wysokiego, szczupłego, wysportowanego dwudziestoparolatka w świetnie skrojonym garniturze…  Jeśli ktoś powiedział coś niemiłego o panu Kwaśniewskim (np. że ma tłusty tyłek) to spotykała go kara. Temat wolności słowa i nadgorliwości prokuratorów (oraz sędziów) dziennikarze mieli gdzieś. Były ważniejsze newsy – np. nowy kapelusz pani prezydentowej lub wygrany tenisowy sparing Olka.

Dziś zapijaczony menel bluzgający na dbających o nasze bezpieczeństwo policjantów oraz na naszego prezydenta jest bohaterem dnia. Publiczności sprzedaje się ten temat jako "bezprecedensowy", o seryjnie skazywanych za obrazę prezydenta Kwaśniewskiego państwo z Polsatu czy TVNu milczą jak zaklęci, za to migawek przedstawiających młodych idealistów z SLD, którzy protestują w obronie Huberta możemy się naoglądać do woli. Chyba trudno o lepszy dowód podwójnych standardów i kompletnego braku bezstronności mediów.

O rynsztokowej formie jaką przyjmuje medialna ekspresja nienawiści odczuwanej przez nasze pseudoelity (w tym dziennikarzy) wobec prezydenta i jego brata-premiera mówił w publikowanym wczoraj w Dzienniku wywiadzie Wojciech Kilar: "Ten straszny opór, którego styl jest po prostu żałosny. Choćby z tym naigrywaniem się z nazwisk. (…) Ciągle jest coś z kaczorami, to nawet nie jest kwestia smaku, to poniżej wszelkiej godności".

Światowej sławy kompozytor najwyraźniej nie nadąża za modą – i chyba słusznie bo co to za moda, która sprawia, że trudno odróżnić wybitego intelektualistę, gazetowy autorytet i medialnego gwiazdora od zwykłego menela z Dworca Centralnego?

Dla jasności: uważam, że menel Hubert powinien być sądzony za obrazę wypełniających swe obowiązki policjantów (prezydenta bym do tego nie mieszał) i powinien zostać skazany na karę polegająca np. na zbieraniu śmieci z warszawskich ulic.

czwartek, 17 sierpnia 2006
Ostatanie natarcie lobby strachu lustracyjnego


Herberta nienawidzili najbardziej...
 

Środowisko Gazety Wyborczej walkę z największym polskim poetą współczesnym prowadziło do ostatnich chwil jego życia. Nienawidzili go za to, że potrafił zachować czystość gdy oni i ich idole z rozkoszą taplali się w błocie kolaboracji i prostytucji politycznej. Jego zasady i moralna siła była dla ich sumień (brudnych niczym stara wycieraczka do butów) obelgą nie do zniesienia. Nienawidzili go za to, że był on nich lepszy. Był taki, jakimi oni chcieli by ich postrzegano. Wiedzieli, że przy nim wyglądają jak karły i dlatego przy każdej okazji starali się wdeptać go w ziemię – by choć trochę mniej  żałośnie się przy nim prezentować.

Sukinsyn, który napisał odrażający tekst (zaakceptowany do druku przez kolejnego sukinsyna) zamieszczony w 1236 numerze tygodnika Wprost doskonale wpisuje się w tę sztafetę konfidenckich opluwaczy Poety.

Po co to zrobili?

Prawda zawarta w tomach akt IPNu rozlewa się po kraju coraz szerszą strugą. Tego już się nie da powstrzymać. Dostęp do swych teczek dostają kolejne tysiące zwykłych, niezaangażowanych w polityczne szmabo III RP Polaków. To oni, obok historyków, są nośnikami po których prawda ta spływa do rzesz obywateli Rzeczypospolitej. Skoro zastopowanie dostępu do akt jest już niemożliwe lobby antylustracyjne ma jedną tylko szansę na obronę zajmowanych przez donosicieli stanowisk: trzeba przekonać Polaków, że "w teczkach są bzdury a świnił się wtedy i tak każdy" (L.Wałęsa: "Nie znam nikogo, kogo by SB nie złamała"). Stąd absurdalny, pozbawiony jakiegokolwiek poparcia dowodowego, sprzeczny z wiedzą i opiniami specjalistów, lekceważący świadectwa uczestników wydarzeń, fałszujący zachowaną dokumentację tekst we Wprost. To ich nowa taktyka: będą pluć, obrzucać błotem, kłamać i insynuować.

Nie tylko Herbert

Dziwnych akcji okołolustracyjnych było ostatnio więcej: walcząca dotychczas z "dziką lustracją" Rzeczpospolita drukuje tekst, w którym bez zahamowań sugeruje, że agentem SB był ks. H.Jankowski. Autorzy tekstu robią wszystko by czytelnik nie miał wątpliwości o kogo im chodzi lecz nazwiska księdza nie podają. Dlaczego? Czyżby bali się sytuacji gdy wskazywana przez nich osoba powie "sprawdzam" i wyśle im pozew sądowy? Teraz tego zrobić nie może gdyż… dziennikarze nie napisali przecież o kogo im chodzi więc ewentualnego poszkodowanego (a co za tym idzie szkody) nie ma…

Tymczasem prawdziwych, bezspornych agentów otacza się specjalną opieką. Kopie dokumentów "Delegata" publikuje się na pierwszych stronach największych gazet. Czy któryś z tych tytułów zamieścił kiedykolwiek choć krótki wyimek z zachowanych raportów TW Bolka? Czy przeprowadził śledztwo dziennikarskie, przepytał uczestników gdańskich działań konspiracyjnych z lat 70ych, zweryfikował fakty? Wyobraźcie sobie Państwo jaki to byłby hit rynkowy i jaki rozgłos w innych mediach ("Rzeczpospolita ujawnia Bolka")… A jednak jest coś, co dzielnych redaktorów od teczki tego konfidenta skutecznie odstrasza…

Konfidentów w kościele krakowskim chroni sam kardynał Dziwisz. Robi co może by uniemożliwić postępy prac ks. Isakowicza-Zaleskiego. Wbrew ustaleniom, łamiąc swoje własne, kardynalskie słowo upublicznia list jaki do księdza Tadeusza przesłał jeden z podejrzewanych o agenturalność kapłanów. "Patrzcie, oto wzór – tak macie odpowiadać Zaleskiemu" zdaje się instruować metropolita krakowski.

Ks. Zaleski dotarł ostatnio do dokumentów wskazujących na aktywną współpracę z SB wysokich dostojników kościelnych związanych z Krakowem. Inne materiały zebrane przez księdza dowodzić mają, iż współpraca między duchownymi uwikłanymi w kontakty z bezpieką oraz ich oficerami prowadzącymi nie uległa zerwaniu w roku 1990. Część z tych relacji ma ponoć funkcjonować do dziś: były SBek założył firmę budowlaną i zdobywa wszystkie kościelne zlecenia  na terenie podległym swojemu byłemu informatorowi, inny jest monopolistą w dostawach materiałów sukienniczych, jeszcze inny… Z pewnością część agentów w sutannach, zwłaszcza tych ważniejszych, za milczenie odwdzięcza się swoim patronom z SB mniej materialnymi przysługami – chociażby zwalczając nurty w Kościele z jakichś powodów niemiłe swoim dawnym (?) mocodawcom.

Ta walka toczy się na naszych oczach. To od nas zależy kto ją wygra. Musimy umieć odróżnić ziarno prawdy od plew konfidenckiej zasłony dymnej.

Niektóre media będą teraz udawać oburzenie publikacjami w rodzaju tej Wprostowej. To element gry: tytuł A publikuje wierutną bzdurę "opartą na aktach IPN" by tytuł B mógł zagrzmieć "to kłamstwo! teraz widzicie jak niewiarygodne są te dokumenty". I zupełnie bez znaczenia jest to, że akta te akurat zupełnie nie potwierdzały wyssanej z palca treści donosu medium A.

Chodzi o to, by zaszczepić ludziom odruch myślowy: teczki = nieprawda.

PS. Jak być może zauważyli najbardziej spostrzegawczy z bywalców tej strony ze zbioru linków usunąłem link do tygodnika pana Marka Króla. Także jego wersji papierowej do rąk już nie wezmę. Przynajmniej do momentu, gdy odszczeka swoje ubeckie kalumnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
Nieustraszeni Łowcy Komuchów